Gdyby wszyscy mieli takie szczęście do ludzi jak ja...

Dzieje się tak wiele rzeczy! Codziennie są jakieś atrakcje, czy wypad, czy spacer, czy spotkanie z rodziną...

W domu się zaklimatyzowałam bardzo dobrze. Przyjęli mnie jak członka rodziny, rozmawiam z nimi, pomagają mi w szlifowaniu języka, uczę się dużo o historii, o kulturze, o problemach. Już ostatnio zauważyłam, że ich znajomi są moimi i na ulicy się ze mną witają. Pozwalają mi uczestniczyć we wszystkich rzeczach związanych z ich codziennym życiem, ale zawsze mam ostatecznie głos ja, czy chcę czy nie i nie jest to dla nich przeszkodą.
 
 Dzieci mają dużo energii i są na pewno różne od tych z Polski, więc są dla mnie wyzwaniem, jednak co mnie zaskakuje to to, że mimo wszystko udaje się nam dobrze współpracować, czego zwieńczeniem jest mówienie mi przez nie, że mnie kochają.
 
Bałam się, że nie będę lubiła miejsca, że będę chciała stąd uciekać, tak jak za każdym razem z wielkiego miasta na studiach, ale się myliłam. To miejsce jest spokojnie, pełne rozśpiewanych ptaków i kumkających żab. Jest cisza, spokój, różnorodność ludzi, wyznań i wszyscy jesteśmy tu razem. 
 
Jestem jednocześnie blisko Pampeluny, gdzie byłam niedawno na rozpoczęciu San Fermines, co było dla mnie takim przeżyciem, że nie umiem o tym nawet opowiedzieć. Miara mojego szczęścia jest sporo przebrana.
 

 

Ściskam serdecznie :)